– Cześć, Ors. Co dziś wymyślasz? – Mar przecisnęła się między krzesłami i stanęła za mężczyzną, bezczelnie wpatrując się w trójwymiarowy obraz na pulpicie.
– Potwora – odparł i spojrzał na dziewczynę.
Miała niewiele ponad osiemnaście lat, krótkie czarne włosy i zielone oczy. Była najmłodszą pracownicą działu projektowania X Incorporated, firmy zajmującej się niemalże wszystkim, od robotów bojowych po zabawki dla dzieci. Skrzywiła się i zabawnie zmarszczyła nos.
– Potwory i potwory. Jaką ty masz wyobraźnię?
– Potworną.
Zaśmiali się. Ors, który dawno już przekroczył czterdziestkę, czuł się zadziwiająco młodo w towarzystwie Mar. Czasem żałował, że nie ma takiej córki.
– Oderwij się od tego i chodźmy coś zjeść – zaproponowała.
Ors wstał powoli i pokuśtykał za dziewczyną. Był wysokim ciemnym blondynem o stalowo szarych oczach. Byłby całkiem przystojny, gdyby jego rysów nie zniekształcała blizna biegnąca w poprzek twarzy od prawej skroni do lewej strony podbródka. Misje podczas niekończącej się wojny z Dominium pozostawiły go z wieloma takimi pamiątkami oraz z lewą nogą sztywną i krótszą o kilka centymetrów od prawej.
W barze czekał już na nich Luk, chłopak Mar. Młodzi powitali się czule i usiedli przy stoliku w kącie, zostawiając miejsce dla Orsa. Zamówili zestaw dnia. Luk wyglądał poważnie. Nie uśmiechnął się nawet, gdy Mar próbowała go rozweselić. Spojrzał tylko bacznie na oboje i zapytał:
– Wy jeszcze nic nie wiecie?
– A o czym?
– Zniszczyli twój dom, Ors.
Wiadomość nie wywołała oczekiwanego rezultatu. Mężczyzna uśmiechnął się tylko.
– I co z tego? – zapytał. – Odbuduje się. Tak jest zaprojektowany.
Luk potrząsnął głową. Poczekał, aż kelnerka odejdzie i zaprzeczył.
– Nie, nie tak. Nie budynek. Planetę.
Z Orsa jakby ktoś nagle spuścił powietrze. Wbił spojrzenie w Luka i wyszeptał:
– Całe Cetis? Ot tak?
Młodszy mężczyzna pokiwał głową. Ors ukrył twarz w dłoniach.
– Miliony istot – wyszeptał. – Chcieli tylko spokoju. Przecież tam nie było niczego, o co warto prowadzić wojnę.
Mar położyła mu dłoń na ramieniu.
– Wiemy – powiedziała. – To rolnicza planeta, prawda?
Ors pokiwał głową. Po chwili znów wbił spojrzenie w Luka.
– Kto? – wychrypiał.
– Maszyny.
– To niemożliwe! Przecież nigdy nie wykazywały wrogich zamiarów.
– Jak widać wykazały teraz. Uderzyły w Wolną Strefę i Dominium jednocześnie. Pokazując, że chcą dołączyć do naszej wojny.
Ors pokręcił głową.
– Nie. – Wstał. – Nie zniszczyłyby czegoś, co same stworzyły.
Okręcił się na pięcie zdrowej nogi i wyszedł.
Wjechał windą na czterdzieste ósme piętro, na którym znajdowało się wynajęte przez niego mieszkanie, pozwolił czujnikowi przy drzwiach zeskanować obraz siatkówki i wszedł do środka. Lokal był niewielki – pokoik z aneksem kuchennym i małą łazienką. Pojedyncze chowane łóżko, okrągły stolik z dwoma krzesłami i biurko stanowiły całe wyposażenie pokoju. Więcej Ors nie potrzebował, bo jego prawdziwy dom był na Cetis. Tutaj wrócił wyłącznie dla Ell.
Usiadł przy biurku i wsłuchał się w cichy pomruk budzącej się do życia jednostki obliczeniowej. Opadły go wspomnienia.
Ell. Pamiętał ją aż za dobrze. Miała osiemnaście lat, gdy się poznali, kasztanowe włosy i orzechowe oczy. Ceniła naturalność. On też. Było im wspaniale przez kilka miesięcy spotkań na Lenie III, jednej z planet Wolnych Światów. Później i tam dotarła wojna, a jego wysłano do pilotowania robota bojowego, Xybera, w głąb Dominium. Akcja za akcją, świat za światem, dni, miesiące, lata… Ściśle biorąc dwa lata. Tylko dwa i aż dwa. Gdy wrócił, była już żoną prezesa X Incorporated. Próbowali jeszcze się potajemnie spotykać, ale nie trwało to długo. Col, mąż Ell, dowiedział się o nich i załatwił Orsowi misję bez powrotu.
Podczas wojny pomiędzy Wolną Strefą a Dominium część sztucznych inteligencji zyskała świadomość i utworzyła Republikę Maszyn, która rozwijała się technologicznie, ale ignorowała dwie walczące frakcje ludzkości. To ten świat mieli we czterech zinfiltrować i wykraść tamtejszą technologię, a jeśli to możliwe – zniszczyć struktury danych. Ani Dominium ani Wolna Strefa nie chciały potężnego sąsiada, którego nie potrafiły zrozumieć i którego się bały. Maszyny wykryły szpiegów od razu i odebrały im Xybery. Byli pilnie obserwowanymi więźniami. Musieli wykazać się przydatnymi dla Maszyn zdolnościami, by przetrwać. Orsowi się powodziło w rozwiniętym technologicznie świecie, ponieważ posiadał talent do konstruowania i ulepszania urządzeń. Radził sobie też całkiem nieźle z systemami komputerowymi. Przeżył także Vit, pilot drugiego robota, który okazał się być geniuszem cyberprzestrzeni.
Odpracowali dla maszyn piętnaście lat, z dala od wojny toczonej przez ludzkość, poznając przy okazji ich świat i poglądy, a później zostali wysłani na Cetis na “emeryturę”.
Planeta ta była miejscem zaadaptowanym dla tych, którzy kiedykolwiek pracowali dla Republiki Maszyn. Po stechnicyzowanych światach dawała wytchnienie urzekając zielenią lasów i czystością wód. Ludzie odesłani tam sami postanowili tego nie zmieniać, nie industrializować Cetis. Budowali domy, oswajali zwierzęta, polowali, łowili i uprawiali ziemię. Jeśli czegoś im brakowało – maszyny to dostarczały. Mieli dostęp do mediów i kanałów podprzestrzennych, ale rzadko z nich korzystali. Ors także wybudował dom w lesie i cieszył się prostym życiem jak inni. Poza jednym szczegółem. W piwnicy pracował nad projektem, który pozwoliłby mu powrócić do Wolnych Światów i zbliżyć się do Ell.
Razem z Vitem stworzyli nowy rodzaj rozbudowanego łącza do Xyberów, pozwalającego na sterowanie robotami na odległość, ze specjalnie zaprojektowanej kabiny, zamiast fizycznego siedzenia za sterami wewnątrz maszyny. Zaprogramowali też rodzaj instynktu samozachowawczego. Gdy dotarła do nich wiadomość o śmierci Cola, postanowili się ujawnić licząc na przychylność Ell.
Przedstawili swój projekt X Incorporated. Po krótkich, acz wnikliwych badaniach firma zaczęła stosować nowe rozwiązania we wszystkich świeżo wyprodukowanych robotach bojowych. Liga Najemników, zachwycona podwyższoną skutecznością zdalnie sterowanych Xyberów oraz niemal zerowymi stratami w ludziach, wysłała swoje stare maszyny do przeróbki. Ors nadzorował całą akcję i zbliżał się do Ell, która teraz prowadziła X Incorporated. Szczęście było o krok, gdy kobieta zachorowała na zarazę przywleczoną z odległej planety. Zmarła, co pogłębiło rozgoryczenie Orsa i jego wstręt do trwającej wojny z Dominium. Firmę przejął syn Ell, a projekt kontynuowano. Orsowi nie pozostało już nic, na czym by mu zależało, oprócz powrotu na Cetis. A teraz dowiedział się, że Cetis już nie było…
Mężczyzna potrząsnął głową, by uwolnić się od wspomnień. Pozostał ostatni etap projektu - przebudzenie instynktu samozachowawczego.
– Tanu – powiedział.
Nad blatem pojawił się trójwymiarowy obraz postaci i przybrał wygląd Ell. Dla uczczenia pamięci szefowej, X Incorporated stworzyła program, który doradzał i wykonywał brudną robotę w cyberprzestrzeni. Przeprowadzono transfer osobowości Ell i nadano Tanu jej wygląd. Niestety, pamięci nie udało się zachować. A może nie chciano.
– Witaj, Ors. Ciągle zajmujesz się tym samym?
– Tak, Tanu. – Mężczyzna wyjął z kieszeni cygaro z Cetis i zapalił. – Szkoda, że mnie nie pamiętasz – mruknął.
– Nie pamiętam – przyznał program. – Ale lubię. I przykro mi.
– Z powodu Cetis?
Postać na hologramie pokiwała głową. Ors wydmuchnął dym. Wyglądał jak ktoś podejmujący ważną decyzję.
– Powiedz mi, Tanu, kto to zrobił.
– Maszyny – nadeszła odpowiedź.
Skrzywił się.
– To oficjalna wersja. A inne?
Postać zniknęła, by wrócić za chwilę.
– Przyjdź do mnie – powiedziała zalotnie. Podłączył się do sieci i otoczyła go feeria barw. Później ujrzał Tanu w jasnej powiewnej sukience. Wyciągała do niego rękę. Zakręciła się i przyciągnęła go do siebie. Tutaj mógł tańczyć.
– Mam dla ciebie nowe Cetis – wyszeptała. – Musisz tylko do mnie przyjść. Niezniszczalne i poza zasięgiem Dominium. Chcesz?
Zawirowali.
– Kusisz, Tanu. Może kiedyś…
Zatrzymała się w jego ramionach. Nawet pachniała jak Ell.
– Poczekam. A teraz idź.
Wrócił do rzeczywistości. Tanu uśmiechała się na hologramie. Miała specyficzny sposób przekazywania informacji, szczególnie tych tajnych. Dominium. Ors miał pewność, że to oni stali za wszystkim, i że wpłynęli na Maszyny, by te zniszczyły jego dom. Dobrze, odpowie im. Da Wolnej Strefie przerażającą przewagę i niech światy Dominium spłoną. Przestał się przejmować niewinnymi, w końcu wojna była wojną, a oni nie oszczędzili pokojowo nastawionych mieszkańców Cetis. Wyjął z szuflady mini dysk i włożył w czytnik. Na ekranie pojawił się rząd cyfr. Kod końcowy projektu. Wysłał go do głównego serwera i położył się spać.
Kiedy tajny kod został przesłany, przyjęty i zaakceptowany przez wszystkie posiadające nowe łącze Xybery, X Incorporated wydała bankiet dla uczczenia sukcesu projektu. Z wnętrza komory pilotów znajdującej się w głębi budynku Ors jako pierwszy podłączył się do olbrzymiego robota bojowego stojącego przed wieżowcem firmy, aby zaprezentować swój wynalazek. Natychmiast znalazł się wirtualnie wewnątrz kabiny Xybera i usłyszał ciche powitanie. Odpowiedział tym samym i pomyślał ruch. Robot reagował płynnie, jak zintegrowany z pilotem. Zrobili kilka kroków, zniszczyli ustawione cele i uniknęli nagłego ataku. Xyber rozumiał, co robi. Ostatni kod uaktywnił w nim inteligencję Maszyn, której moduł, zainstalowany teraz w każdym robocie bojowym, Ors otrzymał kiedyś na Cetis do badań. Dawał on własny, o wiele szybszy od ludzkiego, osąd Xyberom.
– Wycofaj się teraz, pilocie, ale pozostań w cyberprzestrzeni – usłyszał miły głos robota. Uczynił co mu kazano.
Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Pierwsze pociski Xybera zniszczyły kabinę transmisyjną, następne połowę wieżowca korporacji.
Ors obudził się na ławce obok swego domu na Cetis. Odetchnął z ulgą. Musi zarzucić ten projekt. Zbyt wiele koszmarów go dręczy ostatnio. Przeciągnął się i żwawym krokiem podszedł do drzwi. Coś było nie w porządku. Wszedł do środka. Ell uśmiechnęła się.
– No, śpiochu. Śniadanie gotowe.
– Dobrze, tylko umyję ręce.
Zamknął za sobą drzwi łazienki i jego wzrok padł na stojącą w rogu laskę. Kto jej używał? Umył twarz podziwiając się w lustrze. Jego oblicze było gładkie i pozbawione blizn, takie jak wiele lat temu. Wszedł do kuchni i ucałował ukochaną. Zasiedli do śniadania. Wrażenie nierealności się nasiliło.
– Kochanie, zaprosiłam Mar i Luka dziś na obiad. Czy masz coś przeciwko?
Spojrzał uważnie na kobietę. Iskry zaigrały w jego szarych oczach.
– Nie, Tanu, nie mam. Ocaliłaś ich?
Ell/Tanu rzuciła mu zaskoczone spojrzenie i potwierdziła:
– Tak jak ciebie. Transfer osobowości. Nie chciałam, żebyś był sam. Inni też dołączą. Cetis to dar od Republiki Maszyn dla tych, którzy nam pomogli pozbyć się zagrożenia ze strony ludzi. Wiedziałeś, jakie będzie?
Ors uśmiechnął się.
– Że będzie wirtualne? Tak, od chwili gdy poprosiłaś, bym do ciebie dołączył. Ale dlaczego Maszyny zaatakowały? Nigdy nie ingerowały. Myślałem, że ich logika nie pozwala na zabijanie.
– Nie pozwala na zabijanie innych maszyn, nawet waszych Xyberów, bo to ta sama rasa.
Do mężczyzny powoli docierało znaczenie jej słów.
– A ludzie już nie – powiedział wolno. – Maszyny zawsze musiały się z nami liczyć. A my ciągle próbowaliśmy zniszczyć ich inteligencję, uczynić z nich niewolników. Jak mogłem coś takiego zrobić?! Jak mogłem myśleć, że nie zechcą się nas pozbyć?!
Tanu wstała i wzruszyła ramionami.
– Ludzkość przetrwa. Tak myślę. Sprowadzimy was do poziomu sprzed lotów kosmicznych. Nie musimy niszczyć całej rasy, to zbyt energochłonne. I to nie twoja wina. Pracowaliśmy nad tobą piętnaście lat. Musieliśmy dać ci warunki do twórczego działania, pielęgnować żądzę zemsty, dać Cetis, odebrać Ell, dać Tanu, w końcu odebrać Cetis. Zadziałało. Twój świat jeszcze walczy, ale to kwestia czasu. Ty masz go ile zechcesz. Masz swoje Cetis.
– I mam ciebie.
Tanu zaczęła się rozpływać.
– Nie. Przyślę ci innych. Ja jestem tylko duchem w maszynie.
KONIEC
 

0.0¢
0.0¢

No one has reviewed this piece of content yet